475

Przedszkola zapraszają babcie i dziadków na przedstawienie ku czci o świcie o dziesiątej, zakładając chyba, że adresaci są na emeryturze i o 10 rano, wróciwszy z zakupów, przychodni  i mszy zdążą na spektakl.
Niestety, niestety.

O dziesiątej rano wszyscy moi znajomi, którzy mają wnuki - albo od trzech godzin pracują, albo przewracają się na drugi bok, bo uprawiali wolny zawód do rana. Kiedy ja mam zdążyć na dziesiątą, to wolałabym wcale nie kłaść się spać.
Wojtek swoim późnym kładzeniem się spać zdemoralizował już mnie, zdemoralizował i swoją babcię (moją teściową) i ta nie tylko je na śniadanie pełnoziarniste płatki fitness z mlekiem, zamiast delikatnej bułeczki z miodem, ale w dodatku je to śniadanie o jedenastej najwcześniej. A po nocach oglądamy filmy, każde inny, każde na swoim monitorze.

Podczas przedstawień babcie i dziadkowie zwykle zachowują się skandalicznie. Najpierw w tłoku znaczą teren płaszczami, szalikami i wielkimi torbami. Każdy wywołuje swoje wnuczę ze sceny, głośno wzywając do podciągnięcia rajtuzków  czy poprawienia kokardki, pcha się przed wszystkich, wstaje z krzeseł, a nawet na nie włazi, zawzięcie robiąc zdjęcia i filmy. I po co to wszystko, przecież moje wnuki i tak są najładniejsze, najmądrzejsze, najbardziej muzykalne i wcale nie o to chodzi, że zapomniałam aparatu fotograficznego.

Odrobinę się spóźniłam, bo te filmy po nocy...
Musiałam więc pomachać do Kuby, że już jestem, i trochę go, no, przywołać. I pokazać mu, że muszkieterski kapelusz mu się przekrzywił. A żeby to zrobić, cóż, musiałam odłożyć płaszcz, szal i moją niemałą torbę na krzesełko obok, i na to mniejsze z drugiej strony.

Siostry zamiast witalnego rocka czy rozluźniających hippisowskich ballad puściły na koniec przeboje z lat dwudziestych zeszłego wieku, czyli akurat coś dla NASZYCH babć. Wszyscy porzucili więc złudzenia co do własnego względnie rześkiego wieku, powlekli krzesełka pod ściany i jeśli już rozmawiali, to szeptem. I już był porządek, i konsumpcja ciast, kawy i herbaty odbyła się bez gorszących scen.
skomentuj (2)
opublikowano dnia 2012-01-25 o 14:31:32

474

Co za spokój, nienormalnie spokojny weekend, i to z mężem, który wyjątkowo nie miał żadnego dyżuru.
Poszliśmy przez śniegi na mszę. Łacińską, hm, która, poza wszystkim innym, cieszy mnie urodą spektaklu. Cieszy też urodą miejsca – piękny, gotycki kościół św. Krzyża z niezwykłym palmowym sklepieniem opartym na jednej kolumnie. Kolumnie, na którą zawsze z rozbawieniem patrzę, kiedy jestem gościem na ślubie, bo jest pierwszym testem małżeńskim dla świeżo poślubionych, wychodzących właśnie z kościoła par: jak ja ominą? Z lewa, czy z prawa? Kto straci kierunek, kto się zagapi, kto kogo powiedzie, i czy bez wahania?
Na ołtarzu po prawej stronie, tuż przy chrzcielnicy cieszy mnie główka aniołka o długiej twarzyczce i zrezygnowanej minie, na którego zerkam, kiedy myśli mi odpłyną na chwilę od głównego wydarzenia. Potem cieszył mnie widok młodzieńca o młodopolskim wyglądzie, za którym szłam, wychodząc, i stwierdziłam, że jednak za dobrze pachnie, jak na poetę sprzed stu lat i z ówczesnego Krakowa bez kanalizacji.
Wkrótce uszczęśliwiły mnie cracoviana w sklepie muzealnym pod Krzysztofory, najlepsze chyba w mieście, i dwie książki o rzeczach minionych (już przeczytałam), i chrust z cukierni Hawełka. Jeszcze potem cieszyłam się, że do domu mamy tak niedaleko, a w domu ucieszyłam się, że tak się radują muzycy:



To niemożliwe, przyjdzie mi za to zapłacić.
skomentuj (4)
opublikowano dnia 2012-01-16 o 16:23:18

473

Z kolędą po łacinie nieźle wyszło, bo Staś wydrukował i rozdał wszystkim tekst, obok po polsku, bo na te osiemnaście osób łacinę posiada w zasadzie tylko on.
I Olga, z klasycznego profilu w I liceum i ze studiów.
I trochę Natalia, z liceum Pijarów.
A, jeszcze Krzysiu musiał przecież na polonistyce coś niecoś jej zaznać, a i w ogóle wiedzieć lubi.
Obie Babcie oczywiście (przedwojenne gimnazjum i lekarskie wykształcenie).
I moja siostra, też z Nowodworka.
No i ja odrobinę, bo mnie rodzice posłali na prywatne lekcje (przynajmniej nie mówię „akłapark”).

Życzenia, z powodu czasu (małe dzieci) i braku miejsca składaliśmy sobie wyjątkowo ogólnie, trudno. Osiemnaście razy osiemnaście – trzysta dwadzieścia cztery sztuki dobrych życzeń frunęły dookoła.
Za chwilę - szurszur pod stołem – dwie małe łapki z opłatkami wysunęły się spod obrusa w moją stronę…
Ach!
Dobrze, dobrze jest być babcią.
skomentuj (22)
opublikowano dnia 2011-12-30 o 09:22:46

472

Pierwsze Święta w nowym mieszkaniu.
Nie lubię bardzo specjalnych dekoracji świątecznych, girlandek, specjalnych serwetek, wieszadełek. Drzewko (w Krakowie zawsze mówiło się „drzewko”, nie „choinka”), świeca, kolędy dobrze ubierają przestrzeń. No i zapachy.
Drzewko będzie w tym roku uczciwe, bo, słuchajcie!
Wszystkie mamy, wszystkie dzieci, wszystkie wnuki, wszystkie siostry i bracia, szwagrowie i szwagierki, zięciowie, siostrzenice i bratankowie! Osiemnaście osób na kolacji w Wigilię.

Drzewko spore, świecące wszystkim, co trzeba, we wszystkich kolorach i z mnóstwem pierników. Pierniki z Grodzkiej, jak zwykle kupowane są od listopada kilka razy, bo jak zwykle kilka razy zostają natychmiast zjedzone.
Osadzenia szukaliśmy przez dwa wieczory. Miałam je w ręku przy przeprowadzce i nawet byłam dumna, że to sobie uświadamiałam, ale gdzie wsadziłam, w jakie specjalne miejsce, żeby było pod ręką, gdy przyjdzie czas – oczywiście nie pamiętałam. Kupiłam więc nowe, z ponurym przeświadczeniem, że stare się odnajdzie natychmiast, gdy tylko rozpakuję to nowe. Nie muszę nawet pisać, że tak się stało.
Teraz szukam zapasu świec, które, przysięgłabym, były spakowane razem ze świecznikami, ale, itd.,itd… Jutro się znajdą, bo wybieram się kupić nowe.

Zarzuciliśmy zasadę, że prezenty są od wszystkich dla każdego i losowaliśmy: każdy obdarowuje jedną dorosłą osobę i jedno dziecko. Można było się skoncentrować sercowo i portfelowo, a prezentów i tak będzie niezła górka.
Podzieliliśmy się robotami kuchennymi.

I już sobie nucimy snobistycznie Veníte adoremus razem z Pavarottim.

A dla Was:



skomentuj (2)
opublikowano dnia 2011-12-23 o 09:30:32

471

Czy ktoś wie, z jakiego miejsca były rysowane przez Wyspiańskiego pastelowe pejzaże z kopcem Kościuszki, wzgórzem św. Bronisławy, Poniedziałkowym Dołem i w ogóle lasem Wolskim?
Wyspiański od 1901 roku miał pracownię na Krowoderskiej, skrzyżowanie z dzisiejszymi Alejami Słowackiego.
Pisał do Stanisława Estreichera, mieszkającego wówczas przy dzisiejszej alei Słowackiego:
„Mieszkam od Ciebie o parę kroków idąc ulicą wałów, czyli ostatni dom ul. Krowoderskiej, liczba 157 piętro 2. Jestem chory i nie wychodzę”.
Wały i ulica widoczna na rysunkach to nasyp kolejki cyrkumwalacyjnej, prowadzącej łukiem do stacji Kraków-Bonarka, i aleja Słowackiego, wówczas ul. Kilińskiego.
Podobno na drzwiach widniał napis: „Tu mieszka Stanisław Wyspiański i prosi aby go nie odwiedzać”.
Tutaj powstały portrety jego dzieci, tutaj, ciężko chory, malował z okien swej pracowni cykl kilkunastu pejzaży „Widoków na Kopiec”, moich ulubionych.



Widok - na dalszy plan - mam podobny.
(Dziękuję, mam się dobrze, nie muszę jeszcze przywiązywać kredki do ręki, ale też i prowadziłam się lepiej, niż Wyspiański).
Czuję się jakoś tak historycznie umoszczona.
Jeszcze i to, że orszak weselny z kościoła mariackiego do Tetmajerów przejeżdżał tuż obok, a Jasiek gonił we mgle za chochołem przed moimi oknami…
Tu fotografia Wojtka z wiaduktu w Bronowicach:



Sto lat z górą minęło, a ludzie patrzą w tym samym kierunku i dalej chcą zatrzymać ten zachwyt nad linią wzgórza św. Bronisławy, przedziwnie podświetlonego z tyłu lustrem rzeki, i nieba nad nim. Za pomocą pasteli, czy pstryknięcia telefonikiem - nic to, zachwyt ten sam.
skomentuj (4)
opublikowano dnia 2011-12-09 o 13:18:04

470

Ja, mamuśka.
I mój kochany syneczek, dwudziestolatek.

- Dużo tam macie na roku dziewczyn?
- Sporo.
- Przyjemne?
- Przyjemne. l inicjatywę  mają.
- No i jak im odmawiasz, kochany syneczku?
- Mówię: ”Dobrze. Ale tylko jeden raz”
skomentuj (9)
opublikowano dnia 2011-11-28 o 10:44:08

469

Brakuje finansów na podróże – cóż robić, rozejrzyj się wokół siebie. Zajrzyj wreszcie tam, gdzie ludzie bardziej się fatygują od ciebie, ty masz to po ręką, pouczał  mąż.

No więc wybraliśmy się, krakowiaczki żwawe, na Wawel. Nie było nas tam ze dwadzieścia lat, ho ho (obowiązek edukacyjny dzieci i wnuków przejmowała moja mama, przewodnik po Krakowie). Proszę, jasno, czysto, przestronnie. Niedostępne kiedyś zakamarki i przejścia pięknie wyeksponowane – miasto można obejrzeć ze wszystkich stron z góry, co zawsze jest moją namiętnością. Chcielismy obejrzeć centrum miasta – specjalnie poszliśmy przez komnaty, licząc na jakąś niedoróbkę w szczelnym zasłonięciu okien wychodzących na północ, ale nie. W komnatach ciemno, ledwo co widać, choć dzień słoneczny, napisy objaśniające nieczytelne, a fenomen kolekcji arrasów dla nowicjusza w ogóle jest (pisemnie) nie objaśniony, najwyraźniej wiedza o nich musi być wrodzona.

Porównywałam swoje wrażenia z wrażeniami z dzieciństwa, poznawałam bowiem Wawel pałętając się między dorosłymi na szkoleniach przewodników. Kurdybany to ja sobie wtedy wygłaskałam – kto tam patrzył na dzieciątko (dopóki nie właziło z głową za arrasy, żeby zobaczyć, jak wyglądają pod spodem). Jako dziecko byłam patriotycznie oburzona, że cudzoziemcy nie widzą w arkadach ósmego cudu świata, a teraz… - we Florencji ciekawszy dziedziniec jest za każdą bramą…
Dzisiaj dopiero wiem, jak ważny jest kontekst.

W liceum też oglądałam Wawel uważnie.
Wpojono nam zwyczaj szkicowania wszystkiego, co nas zainteresowało, nie z powodu braku możliwości fotografowania, ale że notatnik, ślad osobistego, autorskiego, dociekliwego widzenia świata był elementem edukacji.
Oglądanie przez rysowanie, pamiętnik dla oczu i myśli.
To dlatego do dziś uważam, że najlepszym sposobem przyjrzenia się obrazowi jest namalowanie jego kopii, co głosiłam tutaj zresztą  chyba nieraz.

Pooglądałam sobie kilka wyeksponowanych sprzętów. Doceniłam skrzynkę podróżną z ukośnym wieczkiem, która nadawała się do złożenia na niej znużonej i strwożonej głowy. Rozważałam przydatność dla siebie ślicznego kabineciku z wieloma szufladami, stojącego na stole (wspominając kochane Waterloo, która tylko po to, żeby mnie zdenerwować, ciągle przezywa kabinecikiem zupełnie co innego).

Obejrzeliśmy miasto spoglądając na północ dopiero z okien ogromnych sieni – ich uroda jest, obawiam się, niedoceniona- wychodząc z sali tronowej.
Król miał zaiste królewski widok.

Staś, chcąc mi zrobić przyjemność, namawiał mnie na wycieczkę balonem, ale wyjaśniłam mu, że prawdopodobnie chce, żebym umarła ze strachu, a w każdym razie lęk wysokości paraliżowałby do szczętu przyjemność widoków.
- To nic, - przekonywał mnie kochający mąż – trzymałbym cię za rękę, a ty po prostu zamknęłabyś oczy…
skomentuj (7)
opublikowano dnia 2011-11-21 o 10:46:55

468




skomentuj (10)
opublikowano dnia 2011-11-08 o 10:14:47

467

Jesienią tylko to jest niedobre, że kończy się samochodowa jazda normalnym, ciekawym miastem pełnym słońca, budynków, wspaniałych drzew, interesująco wyglądających ludzi. Nagle robi się jazda w ciemności, wśród jaskrawych świateł, gdzie drogę wyznaczają smugi poruszających się obok pojazdów. Świetlny kanał, w którym trzeba precyzyjnie trafić między niewidoczne krawężniki, brr. Okropne reklamowe tablice led, bijące po oczach bezmyślnym entuzjazmem.
A  jeszcze nie pada, i deszcz jeszcze nie rastruje tego wszystkiego na dodatek. Będzie gorzej.
Najgorsze w tych ciemnościach i uderzeniach świateł dla mnie, kierowcy, są te szare, miękkie, dwunożne istoty nagle wyłaniające się z mroku. Bardzo, bardzo nietrwałe.
I raz po raz trzeba hamować tak, że aż moje czekoladki antystresowe zlatują z sąsiedniego siedzenia na podłogę.
Tyle dobrego z tych ciemności, że nad miastem wcześniej niż księżyc cicho wznosi się ogromna, blado świecąca kula balonu unosząca nietrwożliwych miłośników widoków z góry i oznajmująca wyraźnymi literami, że kocha Kraków.  
skomentuj (8)
opublikowano dnia 2011-10-19 o 23:15:42

466

Weekendowy wieczór, drzwi już zamknięte, a ja wiercę się na łóżku i wiercę, i marudzę, że w tym oto miejscu noga mnie boli, i jak przekręcę tak, to robi się tak, a jak zrobię tak, to wtedy czuję, że tu coś przeszkadza, i tak dalej, i tak dalej…Staś opędza się, jak może, kończąc właśnie książkę, i odpowiada byle co.
Lekarz w domu zachowuje się bowiem karygodnie, lekceważąc dolegliwości członków rodziny prawie tak, jak lekceważy swoje.
A ja w kółko o nodze.
A on, nie odrywając wzroku od książki, mówi, że wszystko to od kręgosłupa (Staś uważa, że wszystkie choroby pochodzą albo z głowy, albo z kręgosłupa)
- Dobrze - dalej nudzę lekko już zirytowana - a ciekawa jestem, co byś powiedział obcemu człowiekowi? Co mówisz swoim pacjentom, kiedy przychodzą z takim problemem?
- Co mówię? Mówię „Proszę się rozebrać!”- odpowiada mąż z błyskiem w oku, zamykając wreszcie książkę.
skomentuj (6)
opublikowano dnia 2011-10-10 o 08:07:50