zapiski-tesciowej blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

CLXXIX

16 komentarzy

Wspomnienie z dawnych lat, kiedy na wakacjach w Zakopanem przebywaliśmy w Zakładzie dr Chramca.

Wielki i tajemniczy budynek, dawny zakład leczniczy, pełen wysokich, z ogromnymi drzwiami, niezwykłych pomieszczeń, holi, korytarzy. Hulały wszędzie duchy modernistycznych gruźlików, w sali teatralnej tkwiły dekoracje do „Upadków Bunga”.

Przeziębieni trochę i pokasłujący dramatycznie w tę posypującą od czasu do czasu śnieżkiem majową pogodę, snuliśmy się stylowo i studiowaliśmy zakopiańską bohemę sprzed kilkudziesięciu lat. Akurat opublikowano właśnie znalezione fotografie Witkacego…

Nawet się specjalnie nie zdziwiłam, kiedy obok mnie, siedzącej na ławce w parku okalającym zakład i rysującej coś, przeszedł ubrany jak zwykle w pumpy, skarpety i kamizelkę w romby – Stanisław Ignacy Witkiewicz.
Zaraz potem przeszła pani z podskakującą małą dziewczynką, rówieśnicą moich córek. Obejrzała się na te moje córeczki i orzekła, że i one się nadadzą.
Tak to Ola i Natalia zostały zwerbowane do statystowania w filmie o Witkacym.

Ponieważ ktoś musiał się nimi opiekować, z rozpędu i ja brałam udział w w bezustannym wchodzeniu i wychodzeniu ze starego wagonu wjeżdżającego na dworzec w obłokach pary, i powstrzymywaniu tych trzech małych, ubranych jak aniołki, diablic od wyjadania rekwizytów pani z obwarzankami.

Staś, jak to zwykle na wakacjach, wzywany był do szpitala.

Nic dziwnego, że na pytanie spotkanych właśnie znajomych, co porabiamy, czteroletnia Natalia rezolutnie odpowiedziała:
- My jesteśmy aktorkami, mama jest artystką, a tata to tylko chodzi do roboty!

I.
Dziecię szczęśliwie ochrzczone – wszyscy w rodzinie rzymscy katolicy, jak mawiał mój ojciec.

Piękny, słoneczny dzień.
I oto siedzimy w kościele /w Arce Pana/, w drugiej, w drugiej ławce!
W pierwszej siedzą rodzice ze swoim dzieckiem i rodzice chrzestni – siostra Olgi i brat Pawła. To Olga i Paweł przynieśli swojego syna do chrztu, ze swojego domu, my tylko im towarzyszymy.
Ale patrzę sobie z tej drugiej ławki na trójkę naszych dzieci, które nie tak często widzę wszystkie naraz, patrzę i patrzę i mam za co dziękować…
Wiem, że tak nie będzie wiecznie.

Szatka do chrztu, w którą się przyobleka dziecko w czasie ceremonii, to wyjęta z archiwów domowych koszulka Oli, uszyta przeze mnie z tej samej okazji. Trzeba teraz domalować następne imię i datę
Karol ubrany w swoje pierwsze spodnie – białe dżinsy i białą koszulkę. Bez nakrycia głowy, bo przecież mężczyźni w kościele nie nakrywają głów.
Paweł do świecy przywiązał wzdłuż długą białą różę, biały bukiet czeka na stole w domu… Biały tort /zupa zielona, nie myślcie sobie/.

Powiem Wam, biało było cały dzień, i tak jakoś – czysto w nas. Maleńki człowiek skupiał na swoje osóbce tyle dobrych uczuć. Białe zeszyty jeszcze nie zapisane. Same dobre nadzieje i życzenia. Nikt chyba nie myślał o swoich trudnych sprawach, niekoniecznie w białym kolorze, patrząc na roześmiane dziecko, ostrożnie tulone kolejno przez wszystkich…

Jadę ja z synkiem przez miasto. Wieczór po burzy, ciepło i mglisto… A tu roboty drogowe, i trzeba jechać trochę inaczej, i nie bardzo wiem, jak.
Ale jadę powoli i we mgle, i mruczę sama do siebie:
- Dokąd to my jedziemy?
A Wojtek, jak echo:
- I skąd przybywamy? I czym jest życie?…

CLXXVI

22 komentarzy

Ćwicząc zawzięcie pilatesa z Ulą doprowadziłyśmy się do niezłej formy, jeśli chodzi o kondycję.
Natomiast w dziale „uroda”, to mamy za swoje! Wyćwiczone mięśnie są sprężyste i elastyczne – i widoczne. Tym lepiej widać, CO i ile TEGO jest do zgubienia, błe… chyba trzeba TO zagłodzić, skoro zaćwiczyć na śmierć się nie daje.
Cierpliwie czekamy na efekty, wyposażone we wszelką wiedzę o trudach i w ogóle realiach utraty wagi.

Wiedziałyśmy to wszystko, ale miałyśmy nadzieję, że to nieprawda.

Chłodzimy się podczas upałów, pijąc straszliwe ilości piwniczanki i planując na przyszłość wyprawy na biegówkach. Z powodu gorąca przesunęłyśmy bezlitośnie gimnastykę na godzinę ZA DZIESIĘĆ SZÓSTA RANO /przy okazji odwożę męża na dworzec – i nie wracam do łóżka, tylko jadę niedaleko do obszernego mieszkania Uli/. Gimnastykujemy się w rześkim chłodku ponad godzinę.
Dajemy przykład męstwa maluczkim: naszym dzieciom oraz ubogim duchem.
Wczoraj jednak – zmiana pogody – o świcie byłam nieprzytomna. Ula podobnie, więc zarządziła najpierw kawę, a gimnastykę… może póżniej.

Za chwilę odezwały się sygnaturki z pobliskich klasztorów, a my oto ujrzałyśmy się plotkującymi przy kawie. O szóstej rano…

CLXXV

12 komentarzy

No żartowałam w komentarzach, Skierko, werniks oczywiście kładłam na Sztukę.

To mi przypomniało, że kiedyś, dawno temu, kiedy kapitalizm u nas jeszcze raczkował, i to nie całkiem legalnie, pewien biznesmen złożył u mnie zamówienie na Sztukę.
Biznesmen, pan K. /ale nie ten, co myślicie/ także dopiero raczkował,
raźno i sprawnie. Robiłam mu reklamę, wizerunek firmy i takie różne.
Pewnego razu urządzał szalone garden party, i potrzebował ekskluzywne, robione ręcznie i osobno dla każdego gościa zaproszenia.
Zrobiłam śliczne, ileś tam sztuk, i pan K. przyjechał je odebrać.
Staś wrócił po południu z pracy i zapytał, jak zwykle:
- Co też robiłaś ciekawego, żono, dzisiaj?
Zanim zdążyłam otworzyć usta, czteroletnia Oleńka, osoba szalenie zainteresowana wszystkim i mocno pyskata, doniosła:
- Mamusia robiła panu K. …eee…SZTUKI!
I dodała:
- Po pięćdziesiąt złotych!


  • RSS